Tragedia powinna łączyć, a nie dzielić
ROZMOWA. Z posłem ZBYSŁAWEM OWCZARSKIM o tym, co czuł, będąc 10 kwietnia 2010 roku w Katyniu oraz jak i czy w ogóle zmienili się politycy, Polacy po katastrofie w Smoleńsku
10 kwietnia 2010 roku czekał Pan w Katyniu – między innymi z grupą parlamentarzystów – na polską delegację z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Nie dotarła. Pamiętam, jak wówczas rozmawialiśmy telefonicznie. I wydaje się, jakby to było wczoraj. Ale mija już rok. Jak Pan dziś patrzy na to, co wydarzyło się w Smoleńsku? Jak Pan pamięta ten dzień?
- Najbardziej utkwił mi w pamięci moment, kiedy potwierdzone zostały informacje o tragedii, która wydarzyła się na lotnisku w Smoleńsku. Pierwsze sygnały, które do nas docierały, pochodziły od rodzin. Te miały je z mediów. Mieliśmy świadomość, że mogło dojść do wypadku, ale nikt nie myślał, że aż tak tragicznego w skutkach. Dopiero minister Jacek Sasin potwierdził, że prezydent i wszystkie towarzyszące mu osoby zginęły na lotnisku Siewiernyj. Te wszystkie chwile pamiętam jak dziś. Minął rok, wiele w tym czasie było innych wydarzeń. Ale one zacierają się w pamięci. Jednak to, co stało się 10 kwietnia w Smoleńsku, w pamięci pozostanie już na zawsze. Wciąż mam wrażenie – jak Pani zauważyła na początku – jakby to było wczoraj.
- Gdzie w tym roku będzie Pan 10 kwietnia?
- 8 kwietnia byłem w Warszawie – w Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym odbyło się odsłonięcie tablicy poświęconej Lechowi Kaczyńskiemu. To on – jeszcze jako prezydent stolicy – był inicjatorem powstania tego muzeum. Natomiast 10 kwietnia będę uczestniczył w oficjalnych uroczystościach, gdyż zostaję na weekend w Warszawie. Na pewno będę na cmentarzu na Powązkach, gdzie zostało pochowanych najwięcej ofiar tego tragicznego wypadku. Pierwotnie myślałem, że w tym dniu będę w Krakowie, ale te plany – niezależnie ode mnie – uległy zmianie. Jednak tuż po powrocie z Warszawy wybiorę się na Wawel, gdzie w krypcie, w której spoczywa para prezydencka, złożę wieniec.
- Czy Pana obecność w tę rocznicę w Warszawie ma też związek z apelem szefowej PJN Joanny Kluzik-Rostkowskiej, by politycy spotkali się na oficjalnych uroczystościach, tak by tragedia smoleńska przestała ich dzielić, a zaczęła łączyć?
- Doszliśmy do przekonania, że to, gdzie członkowie naszej partii spędzą ten dzień, będzie uzależnione od ich decyzji. Zginęło wiele osób, nasi bliżsi i dalsi znajomi są pochowani w różnych miejscach. Z reguły w rocznicę śmierci bliskiej osoby przychodzi się na jej grób, składa kwiaty, modli – tak jak jest to przyjęte w naszej polskiej tradycji katolickiej. Ze względów organizacyjnych ja akurat będę w Warszawie. Część osób z PJN weźmie udział w oficjalnych uroczystościach właśnie tu, a część w Krakowie. Tam też będą one miały oficjalny charakter. Choć oczywiście zależy nam na tym, by pokazać, że ta tragedia powinna łączyć.
- Czy po roku sporów o krzyż przed Pałacem Prezydenckim, dyskusji o przyczynach katastrofy, coś istotnego – Pana zdaniem – zmieniło się w relacjach między politykami, Polakami?
- W początkowym okresie po tragedii doszło do konsolidacji w społeczeństwie, podziały polityczne straciły na znaczeniu. To trochę tak, jak było po śmierci Jana Pawła II, kiedy wszyscy łączyli się wokół pamięci o papieżu, kiedy nawet kibice Wisły i Cracovii przyrzekali zaprzestać walk. Niestety, z biegiem czasu „wszystko wróciło do normy”. Podobnie jest w przypadku katastrofy smoleńskiej. A teraz ta tragedia jest wykorzystywana przez dwa najsilniejsze obozy polityczne – Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. I oba ugrupowania mają swój wspólny cel: przez cały czas mówi się o czysto politycznym, wręcz emocjonalnym, a nie merytorycznym sporze między PO a PiS. I nawet teraz, po roku, kiedy wydawało się, że – zgodnie z naszą tradycją – mija czas żałoby, prezes Jarosław Kaczyński oświadczył, że zakończy się ona wówczas, gdy stanie pomnik ku czci Lecha Kaczyńskiego. I tu chodzi o przedłużenie nie tyle żałoby, co sporu wokół osoby prezydenta. Posłowie PO odpowiadają, że Lech Kaczyński na żaden pomnik nie zasługuje. Myślę, że ludzie muszą mieć czas na refleksję na temat dorobku prezydenta. Trzeba też poczekać, aż w tej sprawie wypowiedzą się historycy. Wtedy można wrócić do rozmów na temat formy upamiętnienia prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Bo teraz chodzi tylko o podgrzewanie atmosfery walki.
- Przyjdzie kiedyś taki czas, że politycy będą mogli spokojnie rozmawiać o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia ubiegłego roku, o przyczynach tej katastrofy? Czy do wyborów raczej nic się nie zmieni?
- Do wyborów ani PIS, ani PO nie są zainteresowane merytoryczną dyskusją. PO potrzebny jest PiS właśnie w takim wydaniu, w jakim go obserwujemy. Największa część elektoratu PO to elektorat anty PiS – wybiera PO nie dlatego, że podziela jego poglądy, ale dlatego, że nie chce, by PiS doszedł do władzy.
- A po wyborach?
- Trudno mi odpowiedzieć. Ale jeszcze sporo czasu musi upłynąć, by o tej tragedii można było rozmawiać bez emocji. Prawda jest też taka, że Rosjanie nie pomagają nam, byśmy mogli merytorycznie dyskutować. Słyszałem informację, że śledztwo rosyjskie zostanie przedłużone, w związku z czym wrak samolotu nie zostanie jeszcze przekazany naszej stronie. A prokuraturze polskiej trudno pracować bez takich dowodów. Ale o tym, że śledztwo rosyjskie nie jest prowadzone rzetelnie, mogliśmy się wielokrotnie przekonać. Nie chodzi o jakieś podejrzenie o zamach. Jednak nie można wykluczyć też błędu strony rosyjskiej, choćby w zakresie naprowadzania samolotu. Wielu z nas oczekuje na raport komisji, której przewodniczy minister Jerzy Miller i stanowisko prokuratury. Jednak ma ona wskazać nie tylko przyczyny, ale – jeśli są nieprawidłowości – również osoby za nie odpowiedzialne. Będę powściągliwy, dopóki nie zobaczymy efektów pracy prokuratury polskiej. Nie możemy stawiać ostatecznych tez. Teraz docierają informacje, że Polska zwraca się o pomoc prawną do różnych państw europejskich. Tylko powstaje pytanie: dlaczego tak późno?
Rozmawiała
Magdalena Uchto

